czwartek, 31 grudnia 2015

Sojowy pasztet z pieczonymi warzywami

W końcu... Nareszcie udało nam się wyjeść wszystkie świąteczne zapasy! Tona bigosu, hektolitry barszczu, setki uszek, cała masa niby-ryby po grecku... i on! Niekończący się pasztet, który pozostał jedynym punktem poświątecznego menu, który nie powodował ciarek na plecach na samą myśl, że "ile można tak ciągle to samo?!". Nawet specjalnie na jego potrzeby produkcja domowego chleba została wznowiona aż dwukrotnie. I właśnie w takiej formie - na kromce pysznego pełnoziarnistego pieczywa z dodatkiem prawdziwego, wiercącego w nos chrzanu smakuje on najlepiej.
Z "lekkim" opóźnieniem (ale na wigilię 2016 albo wielkanoc będzie wprost idealny ;D) mam zaszczyt zaprezentować...

Wegański pasztet z soi i pieczonych warzyw



Składniki:

- 200 g suchych ziaren soi
- 2 duże marchewki
- średni korzeń pietruszki
- pół korzenia selera | razem ok. 350g warzyw korzeniowych
- główka czosnku
- 300 g pieczarek
- 1 cebula
- 3 łyżki sosu sojowego
- 3 łyżki zmielonego siemienia lnianego
- 2 łyżeczki majeranku
- 3 ziarenka ziela angielskiego i liść laurowy
- świeżo mielony czarny pieprz i kolendra

Przygotowanie:

Soję zalewamy dzień wcześniej zimną wodą i pozostawiamy do namoczenia. Następnego dnia napęczniałe ziarna odcedzamy, przepłukujemy, a następnie w garnku ponownie zalewamy wodą i gotujemy do miękkości (soi potrzeba dość długo - ok. 2 godziny). W tym czasie obieramy warzywa. Z folii aluminiowej tworzymy łódeczkę, zaginając jej krawędzie do góry. Układamy w niej warzywa i zalewamy je trzema łyżkami wody. Następnie brzegi folii zawijamy jeszcze trochę do środka, tak, aby domknęły konstrukcję i wstawiamy do piekarnika nagrzanego do 200C. Obok układamy główkę czosnku ze ściętą górą, delikatnie smarujemy ją oliwą i pieczemy wszystko razem przez 30-40 minut, do czasu aż warzywa zmiękną. Cebulę kroimy w kostkę, pieczarki w plasterki i podsmażamy na niewielkiej ilości oleju. Kiedy zaczną się rumienić, zmniejszamy ogień, dodajemy liść laurowy i ziele angielskie i dusimy na wolnym ogniu jeszcze przez kilka minut.
Po wyjęciu warzyw z piekarnika i odcedzeniu soi, pozwalamy im delikatnie przestygnąć (tylko na tyle, by nie były gorące - 15 minut spokojnie wystarczy), w tym czasie zalewamy siemię 1/2 szklanki letniej wody. Warzywa, soję i grzyby przepuszczamy razem dwukrotnie przez maszynkę do mielenia (pamiętajcie o wyjęciu liścia laurowego i ziela angielskiego! ;)) i dokładnie mieszamy całość wraz z przyprawami, sosem sojowym i napęczniałym siemieniem. Gotową masę przekładamy do formy keksówki wyłożonej papierem do pieczenia i pieczemy w 170C przez około 1,5 godziny.


* Jeżeli lubicie, gdy pasztet jest bardziej gładki, o jednolitej konsystencji - możecie do namaczania i gotowania soi dodać po pół łyżeczki sody, a warzywa ugotować na miękko, lub trzymać w piekarniku nieco dłużej. Ja wolę jednak wersję mniej maziowatą, nieco grudkowatą i taką właśnie najbardziej Wam polecam :)



Smacznego!
M


niedziela, 13 grudnia 2015

Pełnoziarniste Muffiny Bananowe


Świadomość związana ze zdrowym odżywianiem wzrasta właściwie z każdym dniem. Otwiera się coraz więcej zdrowych barów, sklepów z ekologiczną żywnością, wydaje coraz więcej książek i czasopism o tej tematyce. W sklepikach szkolnych wycofywane są produkty wypełnione "pustymi" kaloriami, zastępują je za to ich zdrowe odpowiedniki.

Dziś chciałam Wam zaproponować przygotowanie dziecinnie prostej przekąski, która sprawdzi się zarówno jako zdrowy zastrzyk porannej energii na śniadanko, snack na szkolnej przerwie, ale też towarzysz popołudniowej kawy lub herbaty.

Spróbujcie koniecznie!


Wegańskie pełnoziarniste muffiny bananowe



Składniki (na ok. 12 sztuk):

- 1 1/2 szklanki mąki pszennej graham
- 1 szklanka płatków owsianych
- 1/2 szklanki brązowego cukru
- 1 1/2 szklanki mleka sojowego
- 1/3 szklanki oleju rzepakowego
- 3 bardzo dojrzałe banany
- 2 łyżki siemienia lnianego
- 2 łyżeczki proszku do pieczenia
- ew. szczypta gałki muszkatołowej dla podkreślenia smaku bananów
   + do posypania: płatki owsiane i chipsy bananowe

Przygotowanie:

Piekarnik nagrzewamy do temperatury 180'C. Wszystkie składniki suche wsypujemy do dużej miski. Wlewamy mleko sojowe i olej i dokładnie mieszamy. Do powstałej masy dodajemy rozgniecione widelcem na puree banany. Ponownie mieszamy do połączenia.

Formę do muffinów wykładamy papierowymi papilotkami i wypełniamy je masą do wysokości ok. 0,5 cm od górnych krawędzi. Posypujemy po wierzchu płatkami owsianymi, a na samej górze dekorujemy chipsem bananowym (kupicie je w marketach tam gdzie bakalie).


W piekarniku ustawiamy opcję grzania od dołu i wstawiamy blachę z muffinami na 25 minut. Na sam koniec zamieniamy dolną grzałkę na termoobieg i pozostawiamy do przyrumienienia na kolejne 5 minut.





Smacznego!
M

środa, 25 listopada 2015

Pumpkin Pie

Hej!

W ostatnim tygodniu już trzy osoby zdążyły zapytać, czy rzuciłam bloga... To bardzo zły znak! Zdecydowanie nie mam takiego zamiaru - z niecierpliwością czekam, aż moja czasowa sytuacja się poprawi, ale póki co, po dwóch tygodniach pracy i studiowania dzień w dzień, od rana do nocy cieszę się moim pierwszym dniem wolnym.

Jakiś czas temu zapowiadałam, że na dniach pojawi się tu tarta dyniowa - specjał Halloween. Niestety tak się złożyło, że od momentu złożenia tej obietnicy nie miałam nawet czasu włączyć komputera... Parę sezonowych przepisów postanowiłam nawet odłożyć na przyszły rok - w nadziei na poprawę sytuacji. Ale tym razem i w tym przypadku nie mogę sobie odpuścić! Bo - przyznam szczerze - nie jestem fanką ciast i ze słodyczami mam do czynienia naprawdę rzadko, ale ta tarta czaruje! To taki smak, jak połączenie sernika i ciasta marchewkowego. Póki dynie pojawiają się jeszcze na straganach i w sklepach - biegnijcie po jedną. To trzeba przeżyć!



Placek z dynią lub tradycyjnie - Pumpkin Pie
 

Składniki:

- 1 szklanka mąki pszennej 
- 1 żółtko
- 1/2 kostki masła
- 1/2 szklanki cukru
- szczypta soli

- 425 g puree z dyni
- puszka słodzonego mleka skondensowanego
- 2 jajka
- 1 łyżeczka cynamonu
- 1/2 łyżeczki imbiru
- 1/2 łyżeczki gałki muszkatołowej
- 1/2 łyżeczki soli

Przygotowanie:

W pierwszej kolejności przygotowujemy ciasto. Mąkę siekamy ze schłodzonym masłem, a następnie dodajemy resztę składników. Zagniatamy do uzyskania gładkiej konsystencji. Powstałym ciastem wylepiamy wnętrze formy do tarty, delikatnie wychodząc poza jej krawędzie. Nakłuwamy powierzchnię ciasta widelcem (dość gęsto). Odstawiamy do lodówki na pół godziny. Po tym czasie wstawiamy do piekarnika nagrzanego do 200C na ok 20 minut - do podpieczenia (uważamy jednak, by brzegi nie zaczęły się za bardzo rumienić).

W tym czasie, w dużej misce mieszamy mikserem wszystkie składniki na masę. Przelewamy ją na wstępnie podpieczony spód i pieczemy przez kolejne 15 minut, a następnie zmniejszamy temperaturę do 170C i pieczemy jeszcze 30-40 minut.

Po wyłączeniu piekarnika możemy uchylić drzwiczki i zostawić w nim ciasto na jeszcze ok. 10 minut, by nie przeżyło szoku termicznego ;) Po chwili wyciągamy je na blat i pozwalamy mu ostygnąć i stężeć przed krojeniem. 


     Podajemy z kleksem bitej śmietany na wierzchu.




Smacznego!
M.

 

wtorek, 27 października 2015

JIM (Jabłko Imbir Marchew)

 Hej!

Sezon przeziębieniowy uważam za otwarty (wiem - spóźnione info, bo pewnie większość z Was już swoje przeleżała). Ale jeśli jakimś cudem udało Wam się jeszcze uchować w gronie zdrowych, to o dalszą szczęśliwą passę odporności trzeba walczyć na wszelkie sposoby! A ponieważ tej jesieni rozpieszcza nas raczej zima, dodatkowy akcent rozgrzewający w postaci imbiru sprawdzi się doskonale.

W Anglii wołają go AGC (Apple Ginger Carrot), ale w polskiej wersji brzmi nawet jeszcze bardziej uroczo... Przed Wami:



JIM (Jabłko Imbir Marchew)


Składniki:

- 350 g marchwi
- 500 g jabłek
- kawałek imbiru wielkości kciuka

Przygotowanie:

Jabłka przekrawamy na ćwiartki, wycinamy gniazda nasienne (ogryzki ;P) i pozbawiamy ogonka. Od marchewek odcinamy zdrewniałe resztki łodyg. Imbir obieramy i kroimy na niewielkie kawałki.
Wszystkie składniki wrzucamy na przemian do sokowirówki ustawionej na najwyższe obroty.





Na zdrowie!
M.

piątek, 2 października 2015

Risotto z Shii-take i szczypiorkiem

Hej!

Uwielbiam lodówkowo - spiżarniane czystki. Komponowanie dań na zasadzie "przypadkowego" dobierania produktów to wyzwanie, ale nic nie przynosi tyle satysfakcji, co COŚ przygotowane "z niczego".

Niby nic w tym odkrywczego, niby bez większego wysiłku, ale właśnie na tym polega cały czar - danie przygotowuje się właściwie samo, nie trzeba wokół niego biegać, ganiać, (...) a gdy jest już gotowe, daje z siebie tyyyle smaku i aromatu, ile tylko można sobie wyobrazić.

Syci, dodaje energii i aż się prosi o dobranie dokładki.

Risotto z grzybami shii-take i szczypiorkiem (vgn)



Składniki:

- 200 g ryżu do risotto
- 150 g grzybów shii-take (twardziak jadalny)
- pęczek szczypiorku wraz z cebulkami
- 0,4 l bulionu warzywnego, grzybowego lub zupy grzybowej "z wczoraj" (niezabielanej i przecedzonej przez sito)
- szklanka białego wytrawnego wina
- 1 ząbek czosnku
- 2 łyżki oleju
- sól i czarny pieprz do smaku


Przygotowanie:

Cebulki i bardziej mięsiste fragmenty łodyg szczypiorku drobno siekamy. Podsmażamy na dwóch łyżkach oleju na głębokiej patelni z przykrywką. Gdy zaczną się szklić - dodajemy poszatkowany czosnek i smażymy razem, nie dopuszczając jednak, by ten zbrązowiał i stał się gorzki w smaku.
W tym czasie oczyszczone grzyby kroimy na ćwiartki. Również dorzucamy je na patelnię i dusimy ok. 15 minut.


Po upływie tego czasu, na patelnię dodajemy suchy ryż Arborio, mieszamy z grzybami i szczypiorkiem i pozwalamy mu się lekko zeszklić.


Wlewamy wino, a gdy ryż wchłonie całe, dolewamy bulion - partiami, po około pół szklanki. Za każdym razem, gdy zauważymy, że na patelni robi się sucho, dolewamy kolejną porcję. Całość doprawiamy solą i pieprzem, patelnię przykrywamy i pozostawiamy na niewielkiej mocy palnika jeszcze przez 15 min.

Podajemy z pozostałymi - zielonymi częściami szczypiorku, sosem sojowym i (w niewegańskiej wersji) płatkami parmezanu ;)





Smacznego!
M

środa, 30 września 2015

Pasta marchewkowo sezamowa

Hej!

Kontynuując ostatnio rozpoczętą serię wpisów z przepisami z książek kucharskich z moich zbiorów -  przedstawiam Wam doskonałą pastę bazowaną na marchwi i tahinie. Perfekcyjnie sprawdza się jako smarowidło na kromce świeżego pieczywa, ale świetnie smakuje też z pieczywem chrupkim.

Bez dłuższych wstępów (pierwsze jesienne choróbsko kradnie mi kreatywność i umiejętność toczenia długich wywodów ;P ) Przedstawiam przepis z książki "Zielenina na talerzu":

Marchwiowa pasta z soczewicą i sezamem


Składniki:

350 g marchwi
1/2 szklanki czerwonej soczewicy
2 łyżki pasty tahini
1 ząbek czosnku
sól i pieprz do smaku

+ sezam i czarnuszka do posypania

Przygotowanie:

Soczewicę przepłukujemy, a następnie przesypujemy do małego garnuszka i zalewamy dwiema szklankami wody. Gotujemy do miękkości na małym ogniu pod przykryciem, po czym odcedzamy.
Marchew myjemy, obieramy i gotujemy, również do miękkości (ja moje marchewki upiekłam - około pół godziny w 200C, z odrobiną oliwy i soli, a ich smak uwydatnia się dzięki temu znacznie bardziej).

Soczewicę i marchew odstawiamy do przestygnięcia. Gdy są już letnie, dodajemy przeciśnięty przez praskę czosnek, tahinę, sól i pieprz. Wszystko razem blendujemy na gładką pastę.

Gotową pastę serwujemy na ulubionym pieczywie z dodatkiem czarnuszki i ziaren sezamu.

 






Smacznego!

M.

czwartek, 24 września 2015

Sałatka z dynią i halloumi

Hej!

Lato oficjalnie dobiegło końca. Przedczoraj powitaliśmy astronomiczną jesień, a wietrzna pogoda i spadające z drzew liście dają temu doskonałe potwierdzenie... I chociaż pomidory tracą rumieńce, a w ich miejsce pojawiają się wyblakłe fałszywki - nadchodzi pora wielu innych ciekawych (często niedocenianych) warzyw.

W połączeniu z cypryjskim Halloumi (polecam wyprawę do Lidla - właśnie trwa tam Tydzień Grecki), włoskim pesto i orzeszkami pini oraz nieco orientalną chrupiącą ciecierzycą - poczciwa dynia wypada zjawiskowo! Takie małe jesienne wspomnienie egzotycznych wakacji...

Przedstawiam:

Sałatka z rukoli i dyni z serem halloumi, ciecierzycą i pesto



Składniki:

- 200 g świeżej rukoli
- 1/2 szklanki suchej ciecierzycy (lub 3/4 z puszki) + 1 1/2 łyżeczki słodkiej papryki w proszku i 1/2 łyż chilli
- 250 g miąższu dyni piżmowej (można zastąpić dynią Hokkaido)
- 225 g sera halloumi
- 2 łyżki uprażonych orzeszków piniowych (można zastąpić pestkami słonecznika)
- 3 łyżki bazyliowego pesto
- 2 łyżki oliwy

 * Jeżeli korzystasz z suchej ciecierzycy - pozostaw ją do namoczenia co najmniej na 6 godzin przed rozpoczęciem przygotowywania.

Przygotowanie:

Miąższ dyni kroimy w kostkę o boku 1,5 cm. Ciecierzycę odsączamy, skrapiamy delikatnie oliwą, przyprawiamy obydwoma rodzajami papryki oraz solą i mieszamy, by przyprawy dokładnie ją pokryły.
Rozkładamy równomiernie na blasze wyłożonej papierem do pieczenia i umieszczamy w piekarniku nagrzanym do 190C (z termoobiegiem) na ok. 20 min. Dynię przyprawiamy solą i pieprzem i z użyciem niewielkiej ilości oliwy, dusimy do miękkości (pilnując jednak, by kawałki zachowały zwartą formę i zbytnio się nie "rozmemłały" ;)).

Halloumi kroimy w plasterki o grubości pół centymetra i grillujemy z obu stron do osiągnięcia złotobrązowej barwy (można użyć patelni grillowej, grilla elektrycznego, lub tradycyjnego rusztu ogrodowego z aluminiową tacką).

W małej miseczce mieszamy pesto i oliwę. Na dwóch dużych talerzach rozkładamy rukolę, a na nią delikatnie wykładamy jeszcze ciepłe: uprażoną ciecierzycę, dynię i ser. Całość polewamy dressingiem i posypujemy orzeszkami.




 Smacznego!
 M


niedziela, 20 września 2015

Aromatyczne Samosy z ciasta Filo

Hej!

Okazuje się, że znowu dość długo zwlekałam z dodaniem nowego wpisu, po opublikowaniu poprzedniego. Muszę postarać się bardziej usystematyzować moje działania... Obowiązków przybywa, a ja ciągle sielsko żyję sobie dawnym trybem.

Tak samo dziś... W natłoku spraw do załatwienia, postanowiłam wstać te pół godziny wcześniej i w końcu się czymś z Wami podzielić!

Do połowy wegańsko, od połowy z delikatnym udziałem białego sera od krowy z Marcinowickiego pastwiska. Jak dla mnie - przekąska idealna. Przedstawiam:



Aromatyczne Samosy z ciasta Filo 



Skłaniki:

- 1 opakowanie świeżego ciasta Filo

- 1 duży ziemniak, lub 2 małe
- garść czarnej soczewicy Beluga
- 1/2 niewielkiej cebuli
- 3 łyżki mleka roślinnego
- 1 łyżka oleju z pestek winogron
- 2 łyżeczki Garam Masali
- sos sojowy do smaku

- 250 g szpinaku (mrożonego rozdrobnionego, lub posiekanego świeżego)
- 2 ząbki czosnku
- 1/2 cebulki czosnkowej
- 100 g białego półtłustego sera białego
- sól i pieprz do smaku

- oliwa do składania Samos

Przygotowanie:

Soczewicę płuczemy, odcedzamy, a następnie przekładamy do garnka z osoloną wodą i gotujemy al'dente (ok 25 min). Cebulkę siekamy drobno i podsmażamy na patelni. Ziemniaka obieramy ze skórki i gotujemy w osobnym garnku z osoloną wodą. Gdy będzie już miękki odcedzamy wodę i ugniatamy na gładkie puree wraz z mlekiem roślinnym, olejem i przyprawami. Dodajemy ugotowaną soczewicę i cebulkę i dokładnie mieszamy.


Na osobnej patelni (możemy użyć tej od smażenia cebuli do powyższego farszu - mniej się nabrudzi!) podsmażamy cebulkę, a następnie dokładamy szpinak i zwiększamy odrobinę moc palnika. Dodajemy przeciśnięty przez praskę czosnek, sól i pieprz. Nakładamy pokrywkę i dusimy przez moment do przeniknięcia aromatów. Odsączamy wytworzony płyn i wkruszamy biały ser. Mieszamy jeszcze przez chwilę na "ogniu", a następnie odkładamy do przestygnięcia.

Przystępujemy do przygotowania ciasta filo. Każdy arkusz przekrawamy (najlepiej robić to nożem do pizzy) na trzy równe kawałki prostopadle do szerszego boku. Połowę każdego z powstałych prostokątów (wzdłuż dłuższego boku) smarujemy oliwą i składamy na pół.

Na końcu każdego paska kładziemy po łyżeczce farszu, a następnie róg zawijamy, stykając go z dłuższą krawędzią, tak, by utworzył trójkąt. Całą pozostałą część smarujemy oliwą, a następnie kontynuujemy zawijanie ku górze.


Każdy trójkącik smarujemy z wierzchu oliwą i rozkładamy równomiernie na blasze.



Pieczemy w temperaturze 180C w termoobiegu przez 35 minut (lub według instrukcji producenta podanych na opakowaniu).





Smacznego!

M.

środa, 9 września 2015

Chowder kalafiorowo - kukurydziany

Hej!

Dzisiejszy post zacznę od tego, że jestem maniaczką. Zbieraczką i obsesyjną kolekcjonerką książek kucharskich. Tym trudniej utrzymać mi postanowienie, że "W TYM TYGODNIU NIE KUPIĘ ŻADNEJ!", im więcej pojawia się ich w moim zasięgu. A pech chce, że stykam się z setkami każdego dnia, bo pracuję... w księgarni. I chociaż nie chodzi tylko o książki kucharskie, ostatnio dokonałyśmy odkrycia, że półka wisząca nad łóżkiem (o zgrozo - dokładnie na wysokości mojej głowy) zaczyna obrywać się pod ciężarem całej zawartej w nich wiedzy, wszystkich mądrości i ogromu smakowitych przepisów. Co gorsze, ostatnio zauważyłam, że więcej czasu spędzam na wertowaniu stron i zastanawianiu się co ugotować, niż faktycznie - na gotowaniu.
Dlatego właśnie podjęłam decyzję - jedno ważne postanowienie... Oficjalnie ogłaszam: Nie kupię już więcej ani jednej książki, do czasu, aż nie wykorzystam przynajmniej po jednym przepisie z każdej z nich.

Najwyższa grzbietem (więc pierwsza w kolejce) okazała się "Jadłonomia" Marty Dymek. Oczywiście, nie jest to jedyny przepis, jaki wykorzystałam dotąd z Jej książki, ale pierwszy od czasu kuchennego postanowienia. Wpis ten możecie potraktować, jako swojego rodzaju "repost" - nie mam na celu przypisywania sobie jakichkolwiek praw, ani zbierania chwały za recepturę na tą (genialną - swoją drogą) zupę... Po prostu - przeczytałam, ugotowałam, sfotografowałam i zjadłam. I naprawdę polecam...


Chowder kalafiorowo - kukurydziany 


Składniki:
  
- 1 kubek ziaren kukurydzy (świeżych lub mrożonych)
- 0,5 główki niedużego kalafiora
- biała część pora
- 1 łodyga selera naciowego
- 10 suszonych pomidorów
- pęczek szczypiorku z cebulkami
- 1 litr mleka niskosłodzonego 
- 0,5 litra bulionu warzywnego
- kilka łyżek oleju ze słoiczka z pomidorami
- 2 łyżki koncentratu pomidorowego 
- 2 łyżki mąki
- przyprawy: 2 liście laurowe, 1/2 łyżeczki wędzonej papryki, 1/2 łyżeczki chilli, 1 łyżeczka gałki muszkatołowej, sól

Przygotowanie: 

Kalafiora dzielimy na małe różyczki, pora i seler naciowy kroimy w cienkie plasterki, zieloną cebulkę w kostkę, a suszone pomidory w wąskie paseczki. 


W garnku (na tyle dużym, aby później zmieściły się w nim wszystkie składniki zupy) rozgrzewamy olej z pomidorów. Wrzucamy do niego warzywa i przyprawy (wszystkie poza szczypiorkiem i gałką muszkatołową). Całość dusimy ok. 10 minut, od czasu do czasu mieszając.


Do podsmażonych warzyw wlewamy mleko i gotujemy na małym ogniu przez około 15-20 minut, do momentu, aż kalafior będzie miękki (ważne, by temperatura "palnika" nie była za wysoka, ponieważ mleka roślinne mają tendencję do charakterystycznego warzenia - rozwarstwiania się wody od ich "treści"). Wlewamy bulion i delikatnie zwiększamy moc kuchenki. 

W kubku przygotowujemy "zaprawę" - mieszamy mąkę z koncentratem pomidorowym i gorącym wywarem z garnka. Gdy jej konsystencja jest już gładka i pozbawiona grudek, przelewamy ją do zupy, cały czas mieszając, do czasu aż całość zacznie gęstnieć. 

Całość doprawiamy gałką muszkatołową i solą i dokładnie mieszamy. Gotową zupę podajemy ze świeżo posiekanym szczypiorkiem.


Do przepisu wprowadziłam kilka drobnych zmian. Głównie są to poprawki "kosmetyczne" i delikatne różnice w proporcjach składników (dopasowane pod nasz gust i smaczek ;)). Przepis w oryginale znajdziecie w "Jadłonomii" autorstwa Marty Dymek na stronie 73.

Smacznego,
M.



wtorek, 1 września 2015

Wegańskie ciasto czekoladowe

Hej!

Na samym początku dzisiejszego wpisu, chciałabym zaznaczyć, że mój blog nie jest blogiem wegańskim! Mimo, że wiele przepisów, jakie będę tu przedstawiać, będzie całkowicie pozbawione pierwiastków odzwierzęcych, nie chciałabym, by ktokolwiek z Was czuł się oszukany, gdy od czasu do czasu będą się tu pojawiały jajka, mleko, czy sery. Być może i taka przemiana kiedyś we mnie nastąpi, jednak teraz staram się zgrabnie przeplatać i równoważyć ilość przepisów wegetariańskich oraz tych wegańskich (zarówno na blogu, jak i w codziennym jadłospisie).

Ciasto, na którego upieczenie zdecydowałam się ostatnio należy do kategorii tych bezmlecznych i bezjajecznych. Gdybym miała je opisać... Nie potrafiłabym znaleźć odpowiedniego określenia! W sumie - ni to murzynek (bo przez brak jajek - mniej biszkoptowy i cięższy), ni to brownie (bo jednak trochę wyrośnięty i nie aż tak "zakalcowaty"). Jednak jego smak jest zdecydowanie godny wypróbowania. Pozostając przy wersji wegańskiej - z chilli-czekoladową polewą z przepisu poniżej. Odrobinę od niej odchodząc - na ciepło z gałką lodów czekoladowych (lub z dodatkiem tych wegańskich!)

P.S. Z okazji wczorajszego Dnia Blogosfery, chciałam Wam, sobie i jeszcze raz Wam - życzyć wszystkiego najlepszego i pozytywnego odbioru moich postów! Pozwólmy sobie na wspólną celebrację przy...



Wegańskie ciasto czekoladowe z pikantną polewą chilli

  
 Składniki:
Podaję ilość składników na moją maleńką tortownicę średnicy 14cm. 
Do tradycyjnych rozmiarów polecam Wam zrobić półtora, lub nawet dwa razy więcej masy

- 1,5 szklanki mąki
- 5 łyżek kakao
- 1/2 szklanki brązowego cukru
- 1/3 szklanki oleju
- 1/2 szklanki mleka sojowego
- 100g gorzkiej czekolady 
- 2 bardzo dojrzałe banany 
- łyżeczka proszku do pieczenia
- szczypta soli

+ Polewa:
- 100g gorzkiej czekolady
- 1 łyżka oleju kokosowego
- 1/2 łyżeczki chilli (lub kilka kropelek Tabasco)

Przygotowanie:

Banany rozgniatamy dokładnie widelcem na puree (jeśli nie jesteście masterami cierpliwości - polecam blender ręczny... jedno "wzzzzium" i gotowe!).


Czekoladę łamiemy na kawałki i roztapiamy w kąpieli wodnej (Opis dla początkujących: połamaną czekoladę wrzucamy do bulionówki. Opieramy jej "uszka" o krawędzie garnka z gorącą wodą, tak, by woda dosięgała jej dna. W miarę gotowania wody, mieszamy topniejącą w miseczce czekoladę do uzyskania gładkiej konsystencji).

Wszystkie składniki suche mieszamy w dużej misce. Podobnie łączymy składniki mokre (wraz z czekoladą i bananami), w osobnym naczyniu. Delikatnie przelewamy płynną część do części bazowej i miksujemy do uzyskania gładkiej masy. 

Piekarnik rozgrzewamy do temperatury 180ºC. Formę, w której będziemy piec ciasto, wykładamy papierem do pieczenia, a następnie ostrożnie przelewamy do niej masę. 

Pieczemy przez ok. 30 min (tak naprawdę nigdy nie patrzę na czas - piekarnik, jak i sam wypiek trzeba po prostu wyczuć). Wbity w ciasto patyczek nie musi być suchy, ale nic nie powinno się na nim osadzać. 




W czasie, gdy ciasto się studzi, przygotowujemy polewę - w kąpieli wodnej rozpuszczamy czekoladę wraz z tłuszczem kokosowym, a gdy utworzą masę o jednolitej konsystencji - dodajemy także chilli. Dokładnie mieszamy, tak, by nie pozostawić żadnych grudek.  


Ciasto najlepiej jest polewać sosem kawałek po kawałku, tak, by czekolada spływała po jego brzegach... Mmmm.




Smacznego!
M.

czwartek, 27 sierpnia 2015

"Gyros" zapiekanka w sosie Metaxa

Hej!

Dzisiaj coś z zupełnie innej bajki. Coś całkowicie odbiegającego od kanonu potraw podlegających pojęciu "kuchni roślinnej". Każdy ma w końcu od czasu do czasu na coś nie do końca lekkiego, nie do końca grzecznego i nie do końca niskokalorycznego. Z drugiej strony... Jest bezmięsnie? No jest! Jest smacznie? NAJSMACZNIEJ!
Ten przepis to jeden z moich najskuteczniejszych Wegzorcyzmów. Czasami mam wrażenie, że aż za bardzo udaje mięsny smak. I mimo, że za każdym razem przygotowuję go całkiem sama, od podstaw i tak mam czasem wrażenie, że KTOŚ PO KRYJOMU PRZEMYCIŁ TAM MIĘCHO!

Dziś mamy czwartek. Jutro proponuję Wam dokupić wszystkie składniki, których brakuje Wam w Waszych kuchniach, a w sobotę - wszyscy do garów! Taka kolacja w weekend to najlepsze co może się zdarzyć! Raz na jakiś czas można sobie w końcu pozwolić...

P.S. Sprzedaję właśnie moją najbardziej skrywaną recepturę. Nic już od tej chwili nie będzie takie jak dawniej. To tak, jak rozwiązanie całej iluzji w czarodziejskiej sztuczce magika... Ci, którzy mieli okazję spróbować, zapewne mają świadomość powagi sytuacji. Ale ponieważ zdecydowałam się na prowadzenie tego bloga, muszę być konsekwentna. Odkrywam więc przed Państwem najlepsze...


 "Gyros" zapiekanka w sosie Metaxa



Składniki:
- 400 g seitanu lub 350 g kostki sojowej (masa po nasączeniu)
- 350 g średniej wielkości pieczarek
- 2 duże czerwone papryki
- duża cebula
- 2 ząbki czosnku
- 200 g kwaśnej śmietany 18%
- 200 ml śmietanki  30%                        
- 3 łyżki koncentratu pomidorowego
- 2 łyżki brązowego cukru
- 1,5 łyżki słodkiej papryki w proszku
- Metaxa (lub Brandy), ok. 150 ml
- mieszanka przypraw do Gyrosa
- sól + chilli + czarny pieprz (do smaku)
- olej do smażenia

+ Naczynia: dwie duże patelnie (jedna z przykrywką), naczynie żaroodporne, naczynie do wymieszania składników sosu. 


Przygotowanie:

Kostkę sojową (jeśli nie korzystamy z seitanu, oczywiście) zalewamy gorącym bulionem warzywnym i pozostawiamy na parę minut, do nasączenia (szczegółowe instrukcje na pewno znajdziecie na opakowaniu).
Wybrane "niemięso" kroimy w paski, zalewamy kilkoma kroplami oleju i zasypujemy przyprawą do Gyrosa.

Pieczarki kroimy na ćwiartki, paprykę w paski (ok. 1x4cm), a cebulę i czosnek w drobną kostkę.


W pierwszej kolejności wrzucamy na rozgrzaną patelnię cebulkę, a gdy ta się zezłoci, dodajemy do niej czosnek i podsmażamy jeszcze minutę (nie dopuszczamy do tego, by zbrązowiał, bo stanie się gorzki).
Przekładamy do miseczki. Na tej samej patelni obsmażamy seitan/sojowe kawałki (w razie potrzeby dolewamy odrobinę oleju).


W tym samym czasie, na osobnej patelni smażymy paprykę i pieczarki.  Dodajemy pieprz i delikatnie solimy. Pozwalamy warzywom delikatnie się zarumienić, dorzucamy cebulkę z czosnkiem, a następnie nakładamy przykrywkę. Dusimy ok. 10 min, do momentu, aż papryka będzie dosyć miękka. W tym samym czasie mieszamy składniki sosu: oba rodzaje śmietany (ja tym razem nie mieszałam... użyłam prawdziwej wiejskiej śmietany - kwaśnej, ale znacznie tłustszej od sklepowej 18-stki ;)), koncentrat pomidorowy, Metaxę, cukier, chilli, słodką paprykę i sól.

Nie przerywając smażenia, zdejmujemy pokrywkę z warzyw. Gdy odparują - dorzucamy nasz zastępnik mięsa, a następnie delikatnym strumieniem wlewamy sos. Na małym "ogniu", pozwalamy wszystkim składnikom połączyć swoje siły.


Całość przekładamy do blaszki lub żaroodpornego szklanego naczynia, obsypujemy serem i zapiekamy w 200ºC do momentu, aż będzie rumiany.

"Gyros" polecam podawać z przypiekanymi ziemniaczkami, sosem tzatziki i mieszanką sałat ze świeżymi warzywami (Możecie zrezygnować z ostatniej pozycji, jeśli nie zamierzacie nawet zachowywać pozorów "zdrowego" wegejedzenia... W końcu jest sobota. Wolno!)




Smacznego!
M.

wtorek, 18 sierpnia 2015

Ajvar Ljuti

Hej!

Zgodnie z tym co zapowiadałam - dziś, w podróżniczym klimacie, przeniesiemy się na moment do Chorwacji. Zapraszam!



Istnieje wiele sposobów na zapisywanie wspomnień. Są takie chwile, które doskonale obrazują mi dźwięki. Są te, które przywołują na myśl zapachy. Ale w gamie wszystkich zmysłów, smaki odgrywają dla mnie wyjątkową rolę. Szczególnie wtedy, kiedy mogę spróbować odtworzyć je we własnej kuchni! Niezastąpionym smakiem Chorwacji zdecydowanie okazał się Ajvar - warzywna pasta o Serbskich korzeniach. I gdyby nie przepis (podpatrzony u źródła), pewnie już teraz byłabym w drodze po kilkadziesiąt słoi ich tradycyjnego "jarzynowego kawioru"...



Ajvar Ljuti (pikantny):

  


Składniki:

- 1 duży, lub 2 małe bakłażany
- 6-8 czerwonych papryk
- ząbek czosnku
- papryczka chili
- 1/2 cytryny 
- 1 łyżka syropu z agawy
- ok. 3 łyżki oliwy
- sól i pieprz do smaku


Przygotowanie:

Bakłażany kroimy na kawałki o grubości ok. 1,5cm. Układamy na blasze wyłożonej papierem do pieczenia i obsypujemy lekko solą - jej zadaniem będzie pozbawienie bakłażana typowej dla niego goryczki. Papryki dzielimy na ćwiartki i pozbawiamy gniazd nasiennych. Również układamy na blasze, rozcięciami do góry. 


Piekarnik rozgrzewamy do temp. 180ºC. Warzywa smarujemy z wierzchu oliwą. Pieczemy do momentu, aż brzegi skórek papryk zaczną czernieć (ok. 30 minut). Po wyjęciu warzyw z piekarnika, papryki przekładamy natychmiast do worka odpornego na wysoką temperaturę (najlepsze do tego celu będą torebki do pieczenia, lub luźno związana folia) - ułatwi to zdejmowanie skórek. Po kilkunastu minutach, gdy papryki ostygną na tyle, żeby móc je trzymać w palcach (nic się nie przecież stanie jak odrobinę poparzą, no!), rozcinamy worek i z łatwością już obieramy je ze skóry. Miąższ przekładamy do miski, razem z upieczonym bakłażanem. 
Dodajemy posiekany drobno ząbek czosnku i papryczkę chilli (pozbawioną pestek!). Wyciskamy sok z połowy cytryny i dodajemy syrop z agawy. Całość rozcieramy na pastę ręcznym blenderem (długość blendowania uzależnijcie od tego, czy wolicie kawałki warzyw w paście, czy preferujecie całkiem gładką konsystencję). Na sam koniec pastę doprawiamy solą i pieprzem (tylko w razie potrzeby - upewnijcie się wcześniej, czy sama papryczka chilli nie nadała już Ajvarowi zabójczej ostrości!). Całość przekładamy do słoika i gdy ostygnie wkładamy do lodówki i zostawiamy w niej do następnego dnia (aby smaki miały czas na "przegryzienie się" sobą).



Smacznego!

M.


niedziela, 16 sierpnia 2015

Falafel

Hej!

Uff. Zdążyłam. Miałam w planie zamieszczenie dzisiaj innego przepisu, ale będę musiała jednak zamienić je kolejnością. Wszystko przez zapach, który nie daje mi o sobie zapomnieć - piękny, ziołowy, głęboki...

Nie ma chyba na całym świecie wegetariańskiego bloga bez przepisu na falafel. Do dzisiaj był nim mój, ale jestem świeżakiem w tej branży, więc to wciąż wybaczalne. Mój pierwszy falafel przygotowałam na długo zanim przestałam jeść mięso. Można powiedzieć, że byłam jeszcze "mała" (zwłaszcza w kuchni i zwłaszcza w tej bezmięsnej). Nie za bardzo miałam jeszcze pojęcie jak się z tym właściwie obejść... Pamiętam jedynie zepsuty blender, a później dziabanie michy ciecierzycy widelcem. I jeszcze, że trwało długo. Bardzo, bardzo długo... Od tamtego czasu poznałam jednak kilka dodatkowych trików - takich jak na przykład maszynka "do mięsa", która zawsze wygra z blenderem, bo pozwoli zachować jednolitą, ale jednocześnie lekko grudkowatą konsystencję.  
Tak jak już pisałam wcześniej - od przepisów na Falafel roi się dosłownie wszędzie. Zarówno w Internecie, jak i w tradycyjnych książkach kucharskich. Tak jakoś się złożyło, że za każdym razem korzystałam z innej receptury. Do żadnego z przepisów nie przywiązałam się na tyle, żeby nie chcieć spróbować innego. I to absolutnie nie dlatego, że nie spełniały moich oczekiwań. Przeciwnie! Zaczęłam zauważać tendencję wzrostową. Ilekroć trafiałam na nowy przepis - okazywał się lepszy od poprzedniego.

Teraz falafel robię już właściwie "na oślep". Doprawiam "do smaku". Mieszam "na czuja". Czasem podstawową bazę urozmaicam przeróżnymi dodatkami. Raz formuję kotleciki, a innym razem pulpety. Czasami je smażę, a czasem piekę. Wam też polecam eksperymentowanie! Ale na dobry początek... :

Falafel


Składniki: 
- 500 g suchej ciecierzycy
- 2 małe cebule
- 3-4 ząbki czosnku
- 2 pęczki natki pietruszki (około 12 łodyżek)
- ok. 6 łodyżek świeżej natki kolendry (lub 2 łyżki suszonej)
- 2 łyżeczki kminu rzymskiego
- 3/4 łyżeczki kolendry
- 1/2 - 1 łyżeczka chili
- 1/2 łyżeczki pieprzu 
- 1/2 łyżeczki kminku
- 1½ łyżeczki soli
- 3/4 łyżeczki sody oczyszczonej 

- olej do smażenia (opcjonalnie)

Przygotowanie:

Ciecierzycę moczymy przez kilka godzin w zimnej wodzie (popularnie mówi się "przez noc", ale prawda jest taka, że nie wszyscy przygotowują falafel akurat rano, a jeśli ciecierzycę pomoczymy "przez noc", a później jeszcze do wieczora, może przez ten czas wypić za dużo). 


Następnie razem ze wstępnie posiekanym czosnkiem i cebulą, mielimy całość w maszynce "do mięsa". Moja pamięta aż trzy pokolenia przodków, ale ciągle spisuje się na medal!

Zioła siekamy bardzo drobno. Dodajemy do miski ze zmieloną ciecierzycą. Wsypujemy wszystkie pozostałe przyprawy i sodę oczyszczoną. Całość dokładnie mieszamy, lub wyrabiamy ręką. 

 
Gotową masę odstawiamy na jakiś czas w chłodne miejsce dla połączenia się aromatów. Po około pół godziny rozgrzewamy na patelni olej (ok 0,5 cm), lub nastawiamy piekarnik na 180ºC. W dłoniach formujemy pożądany kształt falafeli (u mnie - małe, lekko spłaszczone pulpeciki).


Smażymy ok. 2-3 minuty z każdej strony na bardzo mocno rozgrzanym oleju i odsączamy na papierowym ręczniku (wybrałam tą opcję)  lub pieczemy w piekarniku przez ok. 20 minut, obracając falafele po upływie połowy wymaganego czasu.


BONUS:

Tak jak wspominałam już powyżej - eksperymenty w kuchni to chyba największa skarbnica nowych (często jeszcze nieodkrytych) przepisów. Może Falafel ze szpinakiem wcale to tej kategorii nie należy, bo to połączenie dość "oklepane", ale przecież na to też ktoś kiedyś musiał wpaść... prawdopodobnie przypadkiem! 

Połowę porcji mojej masy zmieliłam raz jeszcze w maszynce razem z dwiema garściami świeżych liści szpinaku. Z tej części uformowałam burgery i żeby zachować je w bardziej "fit" konwencji - upiekłam w piekarniku bez dodatku tłuszczu...




Smacznego!


M.

sobota, 15 sierpnia 2015

Instagram

Hej! 
Witam Was wszystkich po drobnej przerwie w publikacjach.  Wypoczęta i zainspirowana  -  gotowa jestem 
w pełni na powrót do rzeczywistości. A ponieważ w ostatnim czasie naprawdę pokochałam zajmowanie się moimi Wegzorcyzmami - "rzeczywistość" internetowa nie będzie musiała mnie długo na ten powrót namawiać!
Już jutro podzielę się z Wami kolejnym przepisem, jednak zanim to nastąpi chciałabym uroczyście zaprosić Was  do  obserwowania  mojego  profilu  na  Instagramie!   Ponieważ  chcę  utrzymać  ten  Blog  w  ładzie
i względnym porządku, nie będę zamieszczać tu zdjęć moich porannych kanapek, popołudniowych przekąsek albo każdej nudnej kawy, którą zrobię. Ale na Insta... Czemu nie?!

Poniżej próbka:




Dołączajcie się!
https://instagram.com/wegzorcyzmy/


Życzę Wam wszystkim miłego wieczoru. Do zobaczenia jutro!

M.

sobota, 1 sierpnia 2015

Wegańskie Lecsó


Dojadanie zawartości lodówki przed wyjazdem na wakacje zwykle przyprawia większość z nas o gęsią skórkę. Przeważnie niewiele produktów pasuje do siebie nawzajem. Futrujemy się wtedy sałatką z brokuła z serem pleśniowym, musztardą i dżemem... Jestem totalnie typem osoby, dla której wyrzucenie jakiegokolwiek produktu spożywczego (nawet gdyby miało być już po terminie) jest po prostu czymś niedopuszczalnym.
Miałam szczęście, że tym, co zajmowało najwięcej miejsca w naszej lodówce były eko naturalne warzywa z działek znajomych i znajomych znajomych, którymi tak szczodrze zostałyśmy obdarowane.
Z czym kojarzy Wam się papryka, cukinia, pomidory i cebula? Zapewne całkiem spora część z Was nie wpadła nawet na trop Leczo. A wszystko to przez brak w moim opisie składnika X - kiełbasy (bez której, według wielu, potrawa ta nie ma w ogóle szans powstać). To błąd! Bo jak dla mnie - to było najlepsze leczo, jakie jadłam w życiu. Lekkie, delikatnie słodkie, subtelnie pikantne i z doskonałą nutą wędzonego aromatu... A ponieważ lato przebiega mi w tym roku pod znakiem cukinii, której pragnę stale i bez przerwy - nie obawiałam się o dysproporcję składników. A może to jej zawdzięczam fenomen mojej wczorajszej kolacji?

Przed państwem:

Lecsó w wersji wegańskiej

 
Składniki:
- 3 cukinie średniej wielkości
- 3 pomidory
- 2 czerwone cebule
- 2 czerwone papryki 
- 1 papryka żółta
- 400 g niewielkich pieczarek
- 4 łyżki oleju roślinnego
- 3 łyżki słodkiej papryki w proszku
- 3 + 2 łyżki łagodnej wędzonej papryki w proszku  
- sól wędzona (do smaku)
- 2 łyżki sosu Adobo, lub kilka kropli Tabasco (opcjonalnie)
- 1 łyżka sosu sojowego
- pieprz, zioła (tymianek, oregano, majeranek)
  lub gotowa mieszanka przypraw (np. do grillowanych warzyw)

Przygotowanie:

Wszystkie warzywa dokładnie myjemy. Pomidory możemy naciąć na górze i sparzyć gorącą wodą, żeby zdjąć z nich skórę (opcjonalnie, ja wkroiłam pomidory ze skórą). Cebule kroimy w grubą kostkę. Na dnie dużego garnka rozgrzewamy olej i podsmażamy cebulę na niewielkim "ogniu" palnika. Gdy ta zacznie brązowieć, dodajemy pokrojone w kostkę pomidory i dusimy pod przykryciem. Pozostałe warzywa kroimy na kawałki wybranej przez nas wielkości (u mnie: cukinia - kostka 1cm / papryki - dość grube paski 3cm). Gdy pomidory puszczą już soki i lekko się rozgotują, dodajemy do nich po trzy łyżki obu rodzajów papryki w proszku, a następnie wrzucamy świeże warzywa w kolejności: papryka, a ok. 5-7 min później cukinia.


Całość dusimy pod przykryciem ok. 20 min, a następnie przechodzimy do doprawiania. Dodajemy czarny pieprz (najlepszy jest ten prosto z młynka), pozostałą wędzoną paprykę, sos Adobo (sos z puszki papryczek Chipotle) lub Tabasco i wędzoną sól morską (można też użyć zwykłej soli, lub zmieszać ją z aromatem wędzarniczym - "liquid smoke", ale ta wędzona jest całkowicie naturalna i nada potrawie tak niesamowitego smaku, że... wspomnicie moje słowa!)

Odstawiamy do duszenia na kolejne 10-15 minut, a w międzyczasie kroimy pieczarki na ćwiartki, oblewamy sosem sojowym, doprawiamy pieprzem i dokładnie mieszamy, aby cała ich powierzchnia była równomiernie pokryta marynatą. Na osobnej patelni (ja użyłam woka, żeby wszystko poszło sprawniej) rozgrzewamy kilka kropli oleju i obsmażamy pieczarki, aż do uzyskania delikatnej chrupkości.

Raz jeszcze sprawdzamy, czy warzywa są już odpowiednio miękkie i czy całość jest odpowiednio doprawiona. Jeśli wszystko gra - leczo jest gotowe do podania! Wykładamy bazę do miseczek, a na wierzch, jako "przybranie" przekładamy pieczarki. Najlepiej smakuje z domowym chlebem wieloziarnistym!


Jak pewnie wszyscy wiedzą, potrawy jednogarnkowe przeważnie smakują najlepiej, kiedy wszystkie aromaty trochę się ze sobą "przeżrą" ;) Dlatego polecam przygotowanie od razu podwójnej porcji, bo raczej nie ma szans, że powstrzymacie się do następnego dnia, aby spróbować sprawcę tego niesamowitego zapachu, który wypełni Wasze kuchnie! U nas, dla dwóch osób, taka porcja wystarczyła na jedną kolację. 



A ostatecznie niektórzy i tak wciąż wyglądali na głodnych... ;)


Smacznego!