Hej! Chciałam bardzo serdecznie powitać zarówno tych z Was, którzy nagabywani moimi zaproszeniami postanowili zajrzeć "co tu się święci", jak i tych, którzy trafili tutaj przez przypadek. Nie mam kompletnie żadnego doświadczenia, jeśli chodzi o prowadzenie własnego internetowego "dziennika". Staram się uklepać kilka zdań, żeby zachęcić Was jakoś do zajrzenia tutaj ponownie i dobrnięcia do przynajmniej pierwszego posta z przepisem, czyli tym co ma się stać sednem tego bloga. Staram się (minęło już ponad 30 minut, odkąd zaczęłam) i nie wychodzi...
Z mięsa zrezygnowałam ponad dwa lata temu - całkiem spontanicznie. Całkiem przez przypadek. W dniu przyjazdu do Londynu, w maju 2013 roku postanowiłam po prostu sprawdzić czy tak się w ogóle da. Moja druga połówka - będąc wege - wytrzymywała już wtedy trzeci rok. (45 minut od rozpoczęcia). Posiadanie jednej, jedynej, ciasnej półki w lodówce nie sprzyjało rozbijaniu zakupów na dwa osobne jadłospisy. "No to dzisiaj nie kupuję szynki". Nie kupiłam dnia pierwszego, następnego, przez cały kolejny tydzień, miesiąc, rok. No i dzisiaj też - byłam w spożywczaku i nie kupiłam. Teraz nie wyobrażam sobie bardziej naturalnej kolei rzeczy. I tak właśnie stało się, że roślinożerny Wilk, zwerbował mięsożernego Jelonka na wege stronę mocy. (65 minut)
Polska okazuje się znacznie mniej łaskawa dla wegetarian i wegan. Przekonuję się o tym już od ponad pół roku. Tam, gdzie Quorn już nie sięga, rodzi się pytanie - co położyć na wegetalerzu (?!). Po pierwsze w codziennej bieganinie, zawsze łatwiej jest wrzucić na ruszt gotowca, zamiast pracować nad czymś od podstaw. No i po drugie - co nawet bardziej istotne (przynajmniej dla mnie, bo w kuchni potrafię spędzić cały dzień, pół nocy, pójść spać o 3:00 i nastawić budzik na 6:00, żeby pichcić dalej) - wegańskie zamienniki mięsnych półproduktów są albo bardzo trudne do odnalezienia na sklepowych półkach (szczególnie, kiedy mieszka się w małym mieście), albo nieporównywalnie droższe niż na Wyspach. Jakoś jednak trzeba sobie radzić z szarą rzeczywistością i stawiać jej czoła. Dlatego właśnie jako dziesięciotysięczna wegeblogerka, zamierzam wytoczyć ciężkie działa i (w)egzorcyzmować demoniczny wpływ "Złego mięsa" na tych, którzy wciąż jeszcze są po tej drugiej stronie mocy. Ale jeśli nie przemawia do Was sama idea - na pewno nie zamierzam tu nikogo do niczego zmuszać, ani przekonywać na siłę. Wegezupa z soczewicą zawsze może w końcu zagościć na tradycyjnym polskim stole w roli przystawki przed schabowszczakiem z surówką. Każdy lubi po swojemu.
Epilog:
Utworzenie pierwszego wpisu na tego bloga rozpoczęłam o godzinie 23:25, 13-go lipca 2015 roku. Zakończyłam w dniu 14 lipca, o godzinie 01:58. Samo powitanie Was, moi czytelnicy, zajęło mi przeszło dwie i pół godziny i zaczynam mieć wątpliwości, czy starczy mi życia na gotowanie, w takim układzie... Dodatkowo, mam wrażenie, że przynudziłam już przy pierwszym wpisie, a to nie wróży zbyt dobrze, jeśli chodzi o względy poczytności. No ale z drugiej strony, cholera... Naprawdę od zawsze marzyłam o mojej własnej "książce kucharskiej" i w końcu się zebrałam! Mam nadzieję, że w miarę publikowania kolejnych postów, będę się powoli wprawiać i usprawniać cały ten proces. Proszę więc Państwa o uwagę, głośne brawa na zachętę i kciuki w górę na Facebooku. Dajcie innym o mnie usłyszeć.
WEGZORCYZMY
zaczynamy!
Majka swietny wpis! Duze brawa! (nie tylko na zachete;) ) Ja co prawda jestem po tej drugiej stronie mocy (bo TAKIE schabowe robie tylko ja), ale nie ukrywam, ze po Twojej tygodniowej wizycie zupy gotuje juz tylko na kostce warzywnej :) Powodzenia z blogiem i czekam na ciekawe salatki! Anet
OdpowiedzUsuńKocham Maję Smolarz <3
OdpowiedzUsuńJako albańska konkubina i kura domowa kochająca mięcho czekam na przepisy!
OdpowiedzUsuńJaram się, dawaj Maja <3
Hej, trafiłam na Twój blog z profilu Pauliny Lendy i szczerze mówiąc spadłaś mi z nieba :D. Od jakiegoś czasu staram się nie jeść mięsa i przekonałam się, że jestem w stanie to zrobić, tylko brakuje mi na codzień pomysłów w kuchni. Jedzenie codziennie tego samego szybko robi się nudne i na dłuższą metę pewnie też nie jest dobre dla organizmu (no ba). Także czekam na przepisy i chętnie je wypróbuję! Jeszcze na dobry początek życzę coraz większej liczby czytelników :)... A sama mam nadzieje że moja motywacja się nie ulotni, jako że w mojej lodówce ciągle będzie ta szynka ze względu na innych domowników. Pozdrawiam!
OdpowiedzUsuńMaja, trzymam kciuki :-)
OdpowiedzUsuń